MAMA SZÓSTKI (i może)

Jak mieć kilkoro dzieci i nie stracić siebie w morzu codziennych spraw

Czarny protest

4 komentarzy

3/10 Warszawa

Park Świętokrzyski (Skrzyżowanie Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej)

8.30-15.30

Plac Zamkowy

15.30 – 18.00 (finał)

mamasz - cytat sm

No i stało się. Autografy rozdaję, proszę państwa!

Mamaszóstki wraz z innymi niezwykłymi matkami oraz ojcami o macierzyństwie –  bez photoshopa i bez maski, ale za to drukiem i z fotografiami.

Tekst „Wyrzeźbiło mnie sześcioro dzieci”, który zawarto w czwartej edycji „Macierzyństwa bez lukru”, powstał rok temu, równocześnie z obrazem zatytułowanym „Passive and active”.  Oba wyrażały podobną treść: nie ma czegoś takiego jak „słaba płeć”.  Oba mówią o dojrzewaniu świadomości siebie, odkrywaniu swoich mocnych i słabych stron. Oba mówią o ciele, z którego emanuje wielka moc dostrzegalna wcale nie dzięki wygładzeniu obrazu i wpisaniu się w miły dla oka, tradycyjny model. Mamaszóstki ma świadomość, że prawie zawsze idzie pod prąd, ale taka już jest i uważa, że warto. Obraz sprzedany, a  tekst wydany – kto jeszcze nie przeczytał – zapraszam do księgarni

macierzynstwo bez photoshopa okladka sm

Nadszedł czas dokonać rzeczy ostatecznej: wybrać jeden tekst z ubiegłorocznych i zgłosić go do tegorocznej edycji Bloga Roku, czyli Gali Twórców 2015. 

socialImgfb


http://www.blogroku.pl/2015/zgloszenie/13,723,mama-szostki-i-moze-bialo-i-czarno-czyli-deska-gips-ksiadz-i-boza-krowka

 

 

Długo wahałam się z decyzją, który z wpisów najlepiej definiuje blog jako całość  i wybrałam ten, który powstał rok temu.

Budził w Was sporo pozytywnych uczuć, a mnie samej wydaje się, że zawarłam w nim wszystko, co określa mnie – i nas, czyli Mamę Szóstki i jej rodzinę.

Cieszę się, że zaglądaliście. 

Od 23 lutego do 1 marca na tekst na blogu  można głosować wysyłając  sms o treści T11219 na numer 7124.

Sms kosztuje 1,23 zł, a środki uzyskane  z głosowania zostaną przekazane na cel charytatywny: zasilą Fundację Dziecięca Fantazja, której celem jest spełnianie marzeń dzieci zmagających się z chorobami zagrażającymi życiu i nieuleczalnymi. Z jednego numeru telefonu można zagłosować tylko raz.

Do zobaczenia w innej rzeczywistości  :-D

 

Dorota Gęsiorska

Mama szóstki

 

Dokonawszy niezbędnych pomiarów ( podzielenia 50 tys. odsłon w ciągu 5 lat przez przekątną ekranu zsumowaną ze średnią ilością zapisanych znaków na minutę oraz iloczynem kwadratów myśli i obrazów niezapisanych na blogu) uznałam, że jeszcze ciut się tutaj zmieści. Za niespełna 3 tygodnie startuje Blog Roku 2015 i zamierzam się w nim oznaczyć nie tylko hasztagiem ;) Wesprzecie, prawda?

Błoga cisza mamyszóstki na blogu nigdy nie świadczy o lenistwie ani nudzie. Może natomiast oznaczać wzmożone prace remontowo-budowlane, totalne zaangażowanie w życie w realu, świadomie przeznaczony czas na bycie „unplugged” dla odświeżenia umysłu, ewentualnie awarię prądu.

Zaprogramowałam sobie myśl – NOWY ROK – NOWA JA i realizuję punkt po punkcie. Z uwagi na fakt, że nic w przyrodzie nie ginie, kilokalorie świątecznego obżarstwa mamaszóstki kolektywnie z całą szóstką (i okazjonalnie – tatąszóstki) wypracowała w pocie czoła, dokonując segregacji i eliminacji nieprzydatnej zawartości szaf, szafek, półek, pawlaczy oraz schowków i innych pomieszczeń.  Dziesiątki kilogramów przeszłości rodziny zasiliło pobliski Dom Samotnej Matki, ośrodki pomocy społecznej oraz domostwa bliżej nieokreślonych sąsiadów, zaopatrujących się w niezbędne do życia przedmioty w pobliżu śmietnika. Tu, gdzie mieszkam, nurkujących*) jest wielu, a wystawienie przed śmietnik mebla, materaca czy kartonu z kurtkami w sobotę wcześnie rano gwarantuje dyskrecję zaopatrzenia.

Następnym krokiem była zmiana aury, czyli wybór kolorów do salonu-sypialni, czyli największego pokoju z wyodrębnioną, powiedzmy, alkową. Ponieważ w ferworze pozbywania się przedmiotów zbędnych usunęłam, zdaje się, wraz z dziesiątkami kartonów i worów własnego męża, do technicznego przygotowania, malowania i tapetowania przystąpiliśmy w zasadzie w siódemkę.

Ale nie samym remontem żyje człowiek. Rodzinne telewizyjne wieczory przerwy świątecznej zostały zaszerlokowane aż do momentu wyłączenia i przykrycia folią telewizora. Z pewną nieśmiałością przyznaję, że serial o Sherlocku Holmesie z Benedictem Cumberbatchem w roli  tytułowej wciągnął nawet mnie, czyli osobę w rodzinie najbardziej sceptyczną w odbiorze tej produkcji filmowej i oldskulową w poglądach na temat spuścizny literackiej sir Conan Doyle’a. Do tego stopnia mnie wessało, że gdy progenitura zaproponowała noworoczny (trochę opóźniony) wypad do kina, nie wahałam się wcale i „Upiorną pannę młodą” obejrzałam z wielką przyjemnością na dużym ekranie. Swoją drogą, Benedict odziany li tylko w prześcieradło we wnętrzu Pałacu Buckingham robi wrażenie (o, taka zajawka delikatna tutaj) i mam tu na myśli nie tyle męskie wdzięki bohatera serialu (choć, plecy ma całkiem, całkiem ;)  ), co majstersztyk budowania napięcia od słów „Are you wearing any pants?” aż po „Get off my sheet!” plus dwie kwestie dalej. No i jeszcze, o czym wspomnieć powinnam na samym początku, delektowaliśmy się przez cały czas językiem oryginału – wybaczcie zboczenie zawodowe.

Wątek dedukcji i odkrywania tajemnic towarzyszył nam przez cały okres prac remontowych. Przede wszystkim, przed wytapetowaniem sypialnianych ścian ( jedna ze ścian znajduje się nad bramą kamienicy i zimą sprawia wrażenie lodowatej) dzieci zaproponowały złożenie pamiątkowych autografów, żeby zostawić coś po sobie następnym mieszkańcom, ewentualnie jakiemuś Sherlockowi.

Nie chcieliśmy się ograniczać do typowych „Tu byłam…” czy „Tu mieszkali…”, żeby przyszły Sherlock miał trochę zabawy:

- A gdyby tak rzucić jakieś hasło?

- Coś ponadczasowego!

- To może po łacinie?

- „Finis coronat opus”?

- Nie, czekajcie  … mam: „Hoc erit post me, quod ante me fuit” **)

I w ten sposób propozycja Najstarszego, jednomyślnie przyjęta, została wykaligrafowana antykwą na ścianie przed położeniem tapety.

Weekendowe (bo nie wyrobiliśmy się w czasie ferii) prace remontowe przyniosły niespodziewany owoc. W celu umieszczenia nowego regału przy samej ścianie postanowiliśmy usunąć dwie prawie stuletnie dębowe listwy przypodłogowe. Wdzięczna za pozostawienie śladu Opatrzność nagrodziła nas suwenirami od poprzednich mieszkańców: pod stertą niemal wiekowego kurzu i pyłu znaleźliśmy trzy monety, kartkę z kalendarza, ząb z kościanego grzebienia, stare szpilki krawieckie oraz igły jodłowe i sosnowe.

Ekipa archeologiczno-dedukcyjna miała zajęcie:

- Myślicie, że w tym pokoju mieszkała kobieta? Grzebień i szpilki na to wskazują.

- Ale w tym pokoju stała choinka i to nie raz. Nasze choinki były świerkowe, więc igły na pewno nie są nasze. To na pewno był duży pokój, taki, do którego zaprasza się gości.

- Ciekawe, w jaki sposób te pieniądze znalazły się pod listwą.

- Mogły się wysypać.

- A ta kartka z kalendarza? 26 lipca, czwartek … roku nie ma. Ale w tym dniu musiało wydarzyć się coś bardzo ważnego, bo była staranie złożona, ktoś ją przechowywał celowo. Szkoda, że nie ma roku…

- Ale są podane godziny wschodów i zachodów Słońca oraz Księżyca, a to można odnaleźć w kalendarzu astronomicznym ***). Czcionka wygląda na starą… chyba przedwojenną.

- Lipiec pisany wielką literą… Zastanawiam się, co  to jest „ciecz horodoska”.

- Umyłem solą monety, patrzcie, jedna jest z 1931 roku!

 

Nie powiecie mi, że remontowanie pokoju z taką ekipą to tylko krew, pot i łzy. Został nam chyba jeszcze jeden weekend prac  8-)

 

*) nurkami nazywa się potocznie w mojej okolicy ludzi nurkujących (dosłownie) w koszach na śmieci w poszukiwaniu mniej lub bardziej wyrafinowanych przedmiotów.

**) „Bo będzie po mnie, co było przede mną”

***) Przejrzałam godziny wschodów i zachodów Słońca i Księżyca we wszystkie czwartki, 26 lipca w latach 1917-1962 (kamienicę wybudowano w roku 1914, a w latach sześćdziesiątych w naszym mieszkaniu mieściła się biblioteka publiczna, więc nie brałam ich pod uwagę). Okazało się, że … taki układ miał miejsce tylko w roku 1928.

Kilka dni temu ledwo zwlokłam się z łóżka – było późno, miałam migrenę i naprawdę nic od rana nie było tak jak powinno to być w tę właśnie sobotę. Ale poczłapałam do kuchni, żeby śniadanko weekendowe. Zza drzwi jaskini swej wychynął Najstarszy, co dziwne było dość, ponieważ to przecież jedyny dzień w tygodniu, kiedy można tak bezstresowo sobie pospać.

- Mamo… nie chce mi się iść, wiesz?

- OK. Mi też nie bardzo się chce. Ale możesz mi sprawdzić czym dojadę najszybciej?

Tu nastąpiła długa przerwa w komunikacji werbalnej, ponieważ zajęliśmy się konsumpcją, my dwa ranne ptaszki, około dziesiatej ;)

Po niej dziecię moje prawie pełnoletnie orzekło, że skoro ja jadę na manifestację, to i ono pojedzie.

Organicznie nie znoszę tłumu, owczego pędu, tłuszczy wrzeszczącej agresywne hasła. Przełamanie się, żeby na Wiejską pojechać wymagało silnej motywacji. Ale kiedy pomyślałam sobie, że za parę dni – tygodni  być może publiczne manifestacje przybiorą kształt Majdanu, a rządzący zareagują na to akcją z udziałem policji i wojska, to ja będę do końca życia żałować, że nie wykorzystałam szansy, żeby być i manifestować otwarcie swoje zdanie.

Plan był prosty: mieliśmy przybyć punktualnie, podejść jak najbliżej, a po jakiejś godzinie się ewakuować. Z realizacją było gorzej, ponieważ autobus utknął w gigantycznym korku przed placem Trzech Krzyży – w kierunku Wiejskiej zdążały tłumy z jeszcze zwiniętymi transparentami. Gdy dobrnął do przystanku, co najmniej połowa pasażerów okazała się współmanifestującymi. Niektórzy mieli naklejki KOD z ubiegłotygodniowej akcji. Ruszyliśmy za tłumem i szliśmy tak długo jak tylko się dało. Im bliżej Sejmu, tym ciaśniej i duszniej, a średnia wieku uczestników wyższa, co odnotowaliśmy ze zdziwieniem. Pod głośnikiem (do sceny nie udało nam się dopchać) znaleźliśmy się, gdy głos zabrała Maja Komorowska. Potem  wysłuchaliśmy Agnieszki Holland, następnie jakiejś pani psycholog, której nazwisko mi umknęło.

Natychmiast wyposażono nas naklejki KOD 8-)  Zaś sama akcja … to było zupełnie coś innego niż sobie wyobrażałam. Manifestacja niosąca nadzieję, podnosząca ducha. Organizator sprzeciwiał się mowie nienawiści i wszelkie hasła z tłumu, które mogłyby prowokować władze, były zagłuszane (transparentów nie da się zagłuszyć, ale te akurat łatwo zobaczyć w TV). Kunszt wypowiedzi niczym satyra z czasów komunistycznych, której pointa umykała cenzorom. Na scenie aktorzy, reżyserzy, psycholodzy – to ludzie, których dziedziną jest dialog, przekaz. Tłum reagował entuzjastycznie skandując: „Cała Polska dziś się śmieje, zaczynamy mieć nadzieję!”. Przemawiała również prof. Monika Płatek – prawniczka, psycholog i socjolog. I przy kolejnym głośnym „Obronimy demokrację!” wykrzykiwanym przez tysiące uczestników przypomniało mi się, że kiedyś już czułam podobną siłę manifestacji ludzi, którzy nie godzą się na rzeczywistość, jaką zgotował im rząd. Podobną siłę i dobrą energię generowaną w jednym celu – by zjednoczyć się, by razem działać.

Miałam wtedy 10 lat. Wujek, opozycyjny działacz, zabrał mnie do komórki solidarnościowej w Lublinie. Przewijało się tam sporo ludzi w wieku 20-40 lat. Wszyscy palili niemiłosiernie, ale rozmawy toczyli w tej atmosferze, którą czułam teraz tu, przed Sejmem. Ktoś wtedy zapytał mnie, ile mam lat. Na moją odpowiedź zareagował „Zapamiętaj to, bo w takim wieku już się dużo pamięta.” Zapamiętałam. Bardzo. Nie „bibuły”, nie politykę, nie hasła, ale klimat, w jakim powstawała nasza polska, nowa, antykomunistyczna niepodległość. Zapamiętałam tak, jak może to zapamiętać 10-letnie dziecko.

Z zamyślenia wyrwał mnie głos prowadzącego: „Już kiedyś był taki czas, że ludzi połączyło jedno słowo. Myślę, że warto, by połączyło nas na nowo: SOLIDARNOŚĆ”. Skandowałam ze łzami wzruszenia w oczach. Nie dlatego, że „Solidarność” (za młoda wtedy byłam i jeszcze nie w temacie), ale dlatego, że to był DOKŁADNIE ten klimat. I gdy patrzyłam na wznoszące okrzyki starsze panie z błyskiem w oku, na bladych z wysiłku i przejęcia starszych panów – być może jeszcze dzieci Powstania, ludzi w moim wieku i młodszych, moje własne dziecko – myślałam, że to jest siła wielu pokoleń połączonych jedną pozytywną wiarą w obronę demokratycznej i niezależnej polskości, takiej samej jak 26 lat temu, 34 lata temu, 71 lat temu, a pewnie i dawniej, za każdym razem, gdy toczyliśmy walkę z opresorem – wewnętrznym lub zewnętrznym.

A potem przemówił Henryk Wujec i uczciliśmy minutą ciszy wydarzenia grudnia 1970 r. w Szczecinie.

Co do naszego planu – o 13-ej zapytałam młodego, czy wracamy. „Jeszcze trochę” – powiedział. Umówiliśmy się, że on da sygnał odwrotu (wycofanie się z manifestacji było jeszcze trudniejsze niż przyjście na nią – tłum wciąż napływał). Ostatecznie nasze uczestnictwo zakończyliśmy po wypowiedzi Krzysztofa Materny, który zasugerował skandowanie „Dziękujemy!”, ponieważ, jak zauważył, zebraliśmy się tutaj dzięki panu prezesowi (gdyby nie on, nie bylibyśmy pewnie gdzie indziej, ale faktem jest, że jesteśmy tu dzięki niemu).

Wracaliśmy trochę milcząc, trochę dzieląc się refleksjami, ale oboje w pozytywnych nastrojach. W drodze do tramwaju odebrałam telefon od Najstarszej, zapraszającej mnie do kina na „Star Wars. Przebudzenie mocy”. I inaczej tego dnia nie można podsumować: to jest przebudzenie MOCY. Świadomość siły, jaka w nas jest. Świadomość tego, że nie zastraszą nas żadne nocne zmiany, nie przekupi fałszywe 500+!

Rok 2015 kończy się i blog zmienia miejsce. Nowych wpisów szukajcie tutaj: 
http://mamaszostki-dorenka.blog.pl/

Długo o tym myślałam. 

Wyłączywszy na tydzień telewizor, przeanalizowawszy wszystkie za i przeciw, spakowawszy mentalnie wszystko co w życiu ważne do jednej walizki, usiadłam i odetchnęłam głęboko. Zanuciłam sobie ukochaną Magdę Umer. Gotowa do odlotu jestem w każdej chwili. Z całym dobrodziejstwem inwentarza. 

Ale. Waterloo ma rację: niech lepiej oni się wyniosą, jak im się nie podoba. Zostaję. I będę bronić rzeczy ważnych  ŻYWIĄ* Y BRONIĄ** . Oraz parasolką***.

Co przesądziło? Wiecie jak trudno jest przewieźć psa do Australii?!

Nowa meta jest tu:

mamaszostki

(póki co dla czytających w języku lengłidż – dla czytelników jeszcze nie zanglicyzowanych będzie później, zaglądajcie – dam znać)

_________________________________________________________________________________________________

*   Żywia (Żywie, Szywia) – słowiańska bogini życia, mądrości i matka-twórczyni ludzi

** „Żywią y bronią” – hasło na sztandarze, który został nadany oddziałowi kosynierów krakowskich przez Tadeusza Kościuszkę 16 VIII 1794 r. O znaczeniu dewizy na sztandarze doczytajcie sobie sami, ja samo hasło wykorzystuję nikczemnie wpisując je w odmienny kontekst, ponieważ BRONIĄ moją konkretną jest myśl Naczelnika zawarta w memoriale do Księcia Adama Czartoryskiego, napisanym w 1815 r.: „Kościół winien być oddzielony od państwa, nie wolno mu zajmować się kształceniem młodzieży. Naród winien być panem własnego losu i jego prawa powinny być nadrzędne wobec praw Kościoła. Żadna religia nie może im przeczyć, odwołując się do prawa boskiego, przeciwnie, każda religia powinna być posłuszna prawom ustanowionym przez naród”. 

*** parasolka – jest symbolem polskich sufrażystek lub walki o prawa wyborcze kobiet. 28 listopada 1918 r. Polki wywalczyły prawa wyborcze (97 lat temu!!!). Trochę trwało, zanim Piłsudski zdecydował się wysłuchać delegację polskich sufrażystek. Historia mówi, że kazał im  długo czekać na mrozie przed swoją willą w Sulejówku. Podobno tak długo stukały parasolkami o zmarzniętą ziemię krążąc wokół willi Piłsudskiego, że w końcu uległ. Wprawdzie początkowo nie wierzył, że kobiety potrafią zrobić użytek z równych praw, ale kluczowym argumentem okazało się silne zaangażowanie Polek w działalność narodowowyzwoleńczą.

PS. Tak, ten wpis JEST polityczny. To manifest polityczny wręcz. I nie zawaham się go użyć.

PS nr 2. Stan podwyższonej gotowości i tak obowiązuje – patrz tytuł.

Za trzy tygodnie święta, dlatego chcę złożyć Wam wszystkim życzenia chociaż raz z wyprzedzeniem  :-)
Życzę Wam, by choć na kilka dni tempo Waszego życia zwolniło, byście mogli cieszyć się chwilą, czerpiąc radość ze spotkania z bliskimi. Tak po prostu.
By panie były niczym Miriam, która pochodziła z rodziny, gdzie kobiety trzymały się razem i zawsze się wspierały. To wielka rzecz nie pozwolić sobie wmówić, że jest się kimś gorszym czy nieczystym, trzymać głowę podniesioną wysoko i oświadczać z dumą, że nosi się w sobie syna bożego. Myślicie, że nastoletnia dziewczynka w ciąży potrafiłaby sama się obronić? Zwłaszcza tam, gdzie cudzołóstwo karano kamienowaniem, bo akurat wiedza na temat tego skąd się biorą dzieci nie była ograniczona ani w samym cesarstwie Rzymskim ani w dalekich prowincjach ani w ich pobliżu. Dzięki wiedzy matki i babci Jezus wyrósł na człowieka, który potrafił powstrzymać innych mężczyzn przed wykonaniem straszliwego wyroku na kobiecie.
By panowie byli niczym Józef, ponieważ nie jest ważne, kto pierwszy czy przystojniejszy, ale kto bardziej opiekuńczy. Znający nie tylko swój fach, ale również aktualne trendy polityczne, dzięki czemu będą wiedzieli, kiedy całą rodzinę wyekspediować (choćby na osiołku) tam, gdzie nikt jej bezpieczeństwa nie naruszy. Sztuką jest zachować swoją tożsamość, zwłaszcza jako emigrant lub repatriant. Zważcie, że gdyby nie spis powszechny zarządzony przez cesarza, nigdy by pewnie ta skromna rodzina nie zasłynęła w historii ludzkości. Dzięki czujności ojca Jezus nie zginął w rzezi niewiniątek, a potem jako syn cieśli na pewno też nie narzekał na brak źródła utrzymania. I jeszcze jedna ważna rzecz – Józef, to ojciec, który pozwolił dziecku już do fachu przyuczonemu wybierać.
By w Waszych domach, choćby najskromniejszych, zagościli zarówno ludzie (każdy może okazać się mędrcem i podzielić się swoim doświadczeniem i dobrym słowem), jak i bracia mniejsi, kochający Was naprawdę bezgranicznie. Nic tak jak wspólna radość nie rozgrzewa w zimową noc.
By czujność pastuszków (może i niewykształconych, ale przytomnych) wśród nocnej ciszy pozwoliła wam wiedzieć, co dzieje się w eleganckim świecie i w tym mniej eleganckim (polityki), o czym trąbią i czego należy się obawiać.
Niech Wam zostaną w pamięci najpiękniejsze chwile z takiego rodzinnego czy przyjacielskiego spotkania niczym obrazek, do którego zawsze każdy z Was i Waszych dzieci będzie mógł wrócić myślami i przekazywać go dalej. Może to i szopka, Kochani, ale uczciwa i od serca.

DSC_0363 [803701]

A powyżej fotka makaronowej szopki w rodzinnym i koleżeńskim gronie wykonanej. Miałyśmy przy niej sporo zabawy :)

* * *

1 komentarz

Ta notka, przygotowywana wstępnie już 11 listopada miała mieć tytuł. Bardzo ważny tytuł, niosący przesłanie – dumę, nadzieję i wiarę – którym chciałam się entuzjastycznie podzielić. Po piątkowym wieczorze 13 listopada, po nieprzespanej nocy z 13 na 14 listopada, sobocie pełnej pytań, wątpliwości i poszukiwania odpowiedzi, wszystko się zmieniło. Nawet tytuł nie chciał dźwięczeć tak samo.

Zresztą – ocenicie sami.

Zwykle 11 listopada spędzamy w domu. Flaga na balkonie, świąteczny obiad, czasami spotkanie ze znajomymi albo rodzinny wieczór (bo zmrok zapada szybko). Marsze narodowców to nie klimat dla nas. Człowiek chciałby się wyprzeć jakiegokolwiek poczucia przynależności do tej watahy, która pod polskimi flagami niszczy wszystko, co napotyka na swej drodze – chodniki, przystanki, samochody. Ale młodzież coraz starsza, trochę dziwnie tak siedzieć w domu. Tym razem miało być inaczej.

- Mamo, wybierzesz się ze mną na wystawę „Spór o odbudowę”? – zagadnęła Najstarsza – Spodoba ci się – kusiła. 

Wystawa zorganizowana przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie  oraz Muzeum Warszawy prezentowała historię odbudowy i modernizacji stolicy ze szczególnym naciskiem na przywrócenie funkcjonalności (tu poczytacie, czemu ma służyć: klik) . Trwała miesiąc, ale jakoś wcześniej się nie złożyło. W ostatniej chwili przedłużono ją do 11 listopada. Postanowiłyśmy we dwie, że wybierzemy się rodzinnie.

Listopad, jak listopad, pogoda raczej do spacerów nie zachęcająca, nie wszyscy dali się skusić. 50% familii jednak na rzeczonej wystawie w centrum stolicy się stawiło, przedzierając się komunikacją miejską trasami objazdowymi i przyglądając się błyskającym niebieskimi światłami dziesiątkom wozów policyjnych reprezentujących siły prewencyjne. Do marszu było jeszcze grubo ponad godzinę. Przy hotelu Marriott gromadziły się grupki młodzieży – głównie męskie twarze – jedne puste, inne gniewne, pod zwiniętymi jeszcze flagami. Wszyscy zmierzali w przeciwnym kierunku, więc poganiając naszych Najmłodszych cieszyłyśmy się, że oddalamy się od epicentrum dziwnej polskości.

Mam wśród rodzinnych pamiątek pamiętnik, w którym zachował się  zachwyt mojego dziadka nad Warszawą miedzywojenną. Dziadek pływał na statku rzecznym (wtedy Wisła była żeglowna, do stolicy pływało się parostatkiem). Kiedyś,  by nie tracić czasu przed powrotem jego jednostki do Płocka, wybrał się na wycieczkę po stolicy tramwajem, który miał trasę w kształcie pętli – i opisał swoje wrażenia. Tej Warszawy już nigdy nie zobaczymy – chyba że na filmach, starych zdjęciach. Zaraziłam historią tego miasta własne dzieci, tak jak kiedyś dziadek zaraził mnie. Nic dziwnego, że to młodzież tym razem wyciągnęła „wapno” na wystawę. Młodzi ludzie myślą inaczej. Oddzieleni barierą dwóch pokoleń od wojny i nienawiści, a jednego od bratniego narodu sojuszniczego, odbierają przekaz tu i teraz. To takie świeże i budujące. Z drugiej strony  - ukształtowani w zupełnie innych czasach, chłoną historię jak gąbki – zarówno tę zilustrowaną jak i pobrzmiewającą między wersami tekstów.

Niemal w każdej części ekspozycji czułam wzruszenie – to plany architektoniczne stolicy z naniesionymi kropkami w różnych kolorach – jedne oznaczały budynki ocalałe, drugie – częściowo zniszczone, trzecie – nieistniejące. To rysunki przedstawiające nowe ulice w miejscach, gdzie gruzy pochłonęły stare. To autentyczne rysunki i akwarele artystów dokumentujące ruiny po wojnie – panorama nadwiślańska, wnętrza teatru, kościołów. Wystawa pokazująca stan zastały, stan wyjściowy, poziom zero tego, co miało powstać w miejscu, które było i miało być naszą stolicą, choć przez krótki moment rozważano przeniesienie jej gdzie indziej po podsumowaniu ogromu zniszczenia.

- Co sądzisz o tym projekcie Laherta na Muranowie? – zapytała Najstarsza – Bo pomysł świetny, ale ta symbolika, że krew…

- Myślę, że podszedł do tego bardzo osobiście, bo stracił najbliższą osobę, z którą prawdopodobnie by  projektował. Ten symbol zwycięstwa życia nad śmiercią jest bardzo szczególny, choć Szanajca zginął we wrześniu 1939, a nie w gettcie.

- ???

- Lahert i Szanajca byli parą. Genialną parą architektów-modernistów, awangardzistów, których łączyło i uczucie i praca. Oni tym żyli. Gdyby nie wojna, pewnie projektowaliby wspólnie  nowoczesne budynki w Warszawie – mieszkalne i sakralne…

SAMSUNG

Nie tylko ona, ale jeszcze kilkoro młodych ludzi wczytało się z uwagą w poświęcony projektowi tekst. Taki ciekawy przekrój wiekowy i zawodowy zwiedzających – sprawiali wrażenie studentów historii, studentów architektury oraz rodziców, których przyprowadzili ze sobą. Niektórzy z młodych ludzi skrzętnie robili notatki.

Nasi Najmłodsi najpierw przylgnęli do wizualizacji obrazującej kubaturę gruzu na ulicach Warszawy (znajdziecie ją tu: klik). Potem wciągnęło ich organoleptyczne badanie metra sześciennego gruzu:

SAMSUNG

Pojawiali się i znikali, nie przepuszczając ani jednego monitora, gdzie odtwarzane były filmy dokumentalne lub kroniki, by na końcu dobić do mnie w sali, w której rozpościerała się ogromna makieta centrum Warszawy zaprojektowanego przez studentów szwajcarskiej Szkoły Architektury, Dizajnu i Inżynierii Cywilnej ZHAW w Winterthur – wizja tego, jak otoczenie PKiN mogłoby wyglądać w przyszłości, która zdezorienowała ich na kilka dłuższych chwil („To gdzie my teraz jesteśmy?” – zapytali rozpoznając mijaną przed godziną bryłę Dworca Centralnego).

SAMSUNG

Wychodziliśmy, gdy marsz się już kończył, daleko gdzieś, za Wisłą. To był naprawdę ważny dzień, ten 11 listopada   :-)

 

I nagle, nim zdążyłam opublikować tekst w piątkowy wieczór, do pokoju wszedł Najstarszy. 

- Mamo, mogę przełączyć na wiadomości?- zapytał grobowym głosem. 

Paryż, okolice stadionu. Kafejki. Sala koncertowa. Wycie syren i krzyk ludzi. Zdenerwowani relacjonujący. Wszystko inne przestało się liczyć.

Protesty młodzieży, oglądającej właśnie „Głodowe igrzyska” zostały wygaszone. W ruch poszły laptopy. Internet nie wyrabiał. Skąd ten atak tam? Nieprzerwane nocą poszukiwania odpowiedzi. Dyskusje ze znajomymi. Al-Dżazira. I nagle wszystko układa się w układankę nie do wiary, z głównymi bohaterami w postaci m.in. Iraku, Syrii , USA oraz Francji. Gdzie figurujące pod nazwą „stabilizacji Iraku” działania w postaci  rozwiązania przez Stany Zjednoczone irackiej partii Bass i zdelegalizowania rządu doprowadziły do destablilizacji wzajemnie znoszących się sił wewnątrzmuzułmańskich. Gdzie powstała w odwecie organizacja terrorystyczna o nazwie Państwo Islamskie (ISIS), która przyznała się w ostatnich dniach nie tylko do ataku terrorystycznego na rosyjski samolot lecący z Szarm el-Szejk do Petersburga przewożący turystów 31 października, ale i do zamachów terrorystycznych na zwykłych mieszkańców Bejrutu tylko jeden dzień przed tym w stolicy Francji. Obraz mężczyzny, który rzucił się w Bejrucie na terrorystę by ograniczyć liczbę ofiar wśród ludzi, poświęcając życie swoje i córki. Dziesiątki znajomych zmieniających zdjęcia profilowe na FB na trójkolorowe, w akcie zjednoczenia z europejską stolicą kultury. I górujące nad tym wszystkim przemówienie Hollanda, który pod taką samą trójkolorową flagą  wyraźnie zaznacza, że paryskie wydarzenia nie zmienią polityki militarnej Francji i szyderczo jakoś brzmiące w tle zdanie, że „Francja się nie boi”.

To nieprawda, że Francja się nie boi. To nieprawda, że Europa się nie boi. Wszyscy robimy w gacie widząc jak pod symbolicznymi barwami czy hasłami utożsamianymi z przynależnością narodową ktoś wymusza na nas zachowania, z którymi się nie identyfikujemy. Tak jak większość warszawiaków  unika jak ognia tzw. „Marszu wolności” 11 listopada, tak jak muzułmanie w Bejrucie drżą w obawie o jutro swoje i swoich dni, tak i Francuzi pijąc tradycyjną lampkę wina lub kibicując uczestnikom meczu Francja-Niemcy nie pragną przemocy. Ale będąc obywatelami swoich krajów wybieramy ludzi, którzy za nas wybierają. I nie pytają nas o zgodę. W ich ręce składamy swój los i bezpieczestwo. Oni podejmują decyzje w naszym imieniu. 

Celowo przemilczam sprawy polityczne na blogu, choć zagryzam wargi do krwi, choć palce świerzbią i na klawiaturę chce się wyrwać niejedno. Ale choć ten wpis jest już post factum, bo w Polsce  już dawno po wyborach (ale we Francji – nie), miejcie w rozumie zawsze, na kogo głosujecie i kto w przyszłości podejmie za was decyzje. Od wybranych w wyborach będzie zależało czy i w jaki konflikt się jako kraj zaangażujemy. Od ich wiedzy merytorycznej, doświadczenia a przede wszystkim znajomości światowej sytuacji gospodarczej i politycznej zależy nasze bezpieczeństwo. Mała powtórka z historii: 2003 rok, udział polskiego kontyngentu w Iraku. Urzędujący ówcześnie prezydent nie zorganizował referendum, by obywatele mogli zdecydować czy chcą angażować się w „stabilizowanie Iraku”. Nie wygłosił przemówienia, dlaczego wysyła Polaków, by ingerowali w sprawy kraju, o którym nie wiedzą nic. Dodajmy, że decyzję podjęto z pominięciem parlamentu! 10 lat później inny nasz prezydent tłumaczy się mętnie, że owszem, wtedy popierał tę decyzję, ale Polska działała na zasadzie solidarności przeciwko terroryzmowi. Ówczesny premier też temu przyklasnął, zwracając uwagę, że w obliczu współczesnej wiedzy na ten temat, decyzja władz z pewnością byłaby inna. Ale, dla odmiany, ustępująca aktualnie pani premier wypowiedziała wczoraj zdanie, które mnie dobiło. Nie będę cytować. Poszukajcie sobie w internetach. Natraficie na prawdziwe bogactwo wiedzy o faktach, które wami wstrząsną. Pomijając to, że odkryjecie, że imigranci z Syrii, Iraku i Afganistanu nie uciekają, bo im się nie chce walczyć w obronie swojej ojczyzny, tylko ich ojczyzn praktycznie już nie ma. Musieliby opowiedzieć się po jednej ze stron. Zaangażować się w bratobójczą walkę. Tak jak i w czasie II wojny światowej Polska była rozdarta. Byli tam i ci, dla których Polska była tylko jedna, jak i ci, którzy pytali „Za jaką Polskę ty walczysz? Byli uchodźcami wojennymi i politycznymi, z innych krajów obserwowali to, co dzieje się z ich ojczyzną – myślicie, że bez bólu?

Kiedy byłam dzieckiem, a potem nastolatką, posiadałam wśród swoich „skarbów” dwie relikwie. Pierwsza to reprodukcja „Mony Lisy” Leonarda – drukowana na tekturce, w rozmiarach wiszącego w Luwrze oryginału, wisiała na honorowym miejscu w moim pokoju. Druga to kolorowe zdjęcie wieży Eiffla zrobione przez ciocię i wujka jeszcze zanim się urodziłam. Obie symbolizowały moje największe marzenie: podróż do Paryża. Marzenie zrealizowałam jako dwudziestolatka, uciuławszy sobie na wycieczkę do Francji z dochodów z pierwszego roku pracy. Pokochałam Paryż. Co jakiś czas marzę, by znów go odwiedzić. I dlatego teraz, w takim bardzo osobistym akcie jednoczę się z jego mieszkańcami, a nie z polityką rządu Francji. Wybaczcie, że pod barwami, które, w zależności od miejsca i czasu kojarzą się zarówno z krwawą rewolucją Francuską, jak i (tak jak dla mnie)  stolicą i miłości, i kultury europejskiej, i pionierów lotnictwa, ale niestety, również z nalotami na Syrię. Z takim samym bólem jednoczyłam się ze wszystkimi bliskimi ofiar ataków i aktów terrorystycznych w Bejrucie. W Bagdadzie. W Biesłanie. W Garissie. W Nowym Jorku. W Londynie. W Madrycie. Na norweskiej wyspie Utoya. 

Chciałam nadać temu wpisowi tytuł „Pokolenie zmian”.   Ale po 13 listopada, nic już nie brzmi tak, jak miało brzmieć. Dalej będę uczyć młode pokolenie, że nie na nienawiść powinniśmy stawiać. Nie na agresywną konfrontację. Nic więcej nie potrafię.

Poczucie winy

2 komentarzy

Każdy się z nim zetknął. Niezależnie od płci i wieku. Poczucie, że coś intencjonalnego lub nieintencjonalnego nie spełniło oczekiwań i jest nam przykro z tego powodu.

Poczucie winy bywa osobiste (ja źle się z tym czuję) lub kulturowo narzucone (ja czuję się z czymś dobrze, ale większość uważa, że jest to coś niewłaściwego, więc czuję się źle z tym, że czuję się inaczej niż powinnam).

Z poczuciem winy można żyć przez cały czas i czuć się źle lub próbować się od niego wyzwolić i czuć się źle albo zaakceptować, że jest częścią życia. Nikt przecież nie jest doskonały.

Z poczuciem winy wiążą są zwroty i wyrażenia: WSTYD, INNI, JAK BYĆ, JAK ŻYĆ, IDEALNY/IDEALNA/IDEALNIE,  PORADNIK, JA NIGDY, JAK MOŻNA, POWINNAŚ/POWINIENEŚ, DOSKONAŁY/DOSKONAŁA/DOSKONALE, PERFEKCYJNy/PREFEKCYJNA/PERFEKCYJNIE, GODNOŚĆ, HONOR, SZACUNEK, OBOWIĄZEK, EGOISTA/EGOISTKA/EGOISTYCZNIE, ALTRUISTA/ALTRUISTKA/ALTRUISTYCZNIE. Wszędzie tam, gdzie napotykamy ocenę lub sami porównujemy się  z osiągnięciami innych. Wszędzie tam, gdzie funkcjonują jakieś zakazy lub nakazy niekoniecznie zgodne z tym, co podpowiada nam organizm. 

Wpadłam w pułapkę poczucia winy nie raz i nie dwa. I na pewno wpadnę jeszcze w niejedną. Jest ich bardzo dużo. Wydaje mi się, że dla kobiet przygotowano ich więcej, ale może to tylko takie wrażenie. Może to dlatego, że wyznacznik kulturowy  ”rolą kobiety jest akceptacja” dominuje i trudno z nim walczyć bez zrozumienia.

„Jestem złą matką”, „Jestem złą córką”, „Jestem złą żoną” … – odzywają się dawne echa. We mnie. Nie pytam, czy w Was też. Gybym napisała, że jestem od nich wolna, skłamałabym. Gdybym napisała, że wiem jak żyć bez poczucia winy, też nie napisałabym tego, co czuję. Mogę jedynie podzielić się własnym „przepracowaniem” poczucia winy i przekształceniem go w coś, co sprawia, że mogę na poczucie winy popatrzeć z boku i się z nim nie identyfikować. 

Pierwszy raz głębokie poczucie winy, którego nie potrafię zapomnieć, dotknęło mnie w dzieciństwie, gdy wdrapałam się po oknie do gniazda jaskółek i oderwałam kawałek błotnistej ścianki. W gdzieździe było pisklę, nie do końca opierzone. Bałam się, że wypadnie, więc wsunęłam je głębiej. Rodzice pisklaka opuścili gniazdo. Następnego dnia ptak już nie żył. Przepłakałam w ukryciu całe wakacje myśląc o losie niewinnego pisklęcia, o którym nieświadomie zdecydowałam. Chyba do dzisiaj jest mi z tym ciężko i nie widzę usprawiedliwienia. Ale było to doświadczenie, które bardzo wpłynęło na resztę mojego życia. Zanim w odruchu ciekawości uczynię jakiś krok, analizuję plusy i minusy mojej decyzji. I biorę pod uwagę, że rezultat może być zupełnie inny od przewidywanego. Nie, nie jest mi z tym łatwiej, ale w pewien sposób czuję się przygotowana do tego, co może nastąpić. I łatwiej mi zaakceptować rezultaty.

Niejednokrotnie zdarzyło mi się wahać się, czy właściwie postępuję ze swoimi dziećmi. Nie w kategorii „Czy powinnam/nie powinnam”. Raczej „Czy zrobiłam to tak, jak potrafię najlepiej?” Człowiek doskonali się całe życie. Całe życie zbiera doświadczenia. Warto być otwartym na wiedzę i na życie, choć niesie to ze sobą pewne ryzyko poczucia winy: „Gdybym wiedziała to wcześniej…” Ale nie wiedziałam. Koniec, kropka. Teraz wiem i dopiero teraz mogę coś z tym zrobić.

Mam wrażenie, że wszędzie tam, gdzie pojawia się poczucie winy jest konflikt między JA a INNI – myślenie moje kontra mainstreamowe. Ale w odwrotnym zestawieniu. Perfekcyjna pani domu i test białej rękawiczki, którego nie przeszedłby nawet laptop, na którym piszę. Wymagania szkolne a realne problemy, przed jakimi dorastające dzieci stają w życiu. Zupełnie inaczej wygląda to wtedy, gdy na pierwszej pozyzji umieścimy sprawy, które ważne są dla MNIE. Pachnie egoizmem? Nie ma czego się wstydzić. Poczucie własnej wartości to ważny element własnego dobrostanu. Poczucie wartości nie jest wartością stałą – buduje się latami własnym wysiłkiem, pracą, sukcesami i porażkami. Sukcesami, które doceniają inni. Porażkami, które wzbogaciły doświadczeniem, Tym większe, im  więcej możemy później dać innym. A z próżnego i Salomon nie naleje. Pozostaje zestawienie odwrotne, czyli poczucie winy.

On. Pora obiadu. On siada przy stole i czeka. Wokół krzątają się żona i dzieci: szykują naczynia, sztućce, wykładają dania na stół. On nakłada najpierw sobie lub czeka, kiedy żona nałoży jemu pierwszemu. Potem wyraża swoją opinię na temat podanego posiłku, niekoniecznie pozytywną, po skończeniu wstaje i odchodzi nie czekając na pozostałych. Tak zachowywali się jego rodzice i on sam, takich wartości go nauczono. Jakich? Że mężowi i ojcu należy się szacunek.  Utrzymuje rodzinę, zatem jest cenny, od niego wszystko zależy – i otrzymuje komunikat zwrotny w postaci bezwzględnego posłuszeństwa i szacunku. A kiedy kryzys, wiek, brak pracy, problemy zdrowotne lub inna sytuacja losowa pozbawią go dominacji, jeżeli nie zbudował z rodziną relacji innych niż z tej dominacji wynikających, nie będzie miał na czym się oprzeć – bo żona i dzieci najpewniej wezmą odwet, świadomie lub nieświadomie wpędzając go w poczucie winy.

Ona. Rezygnuje z własnej pracy, ponieważ w zamian za utrzymanie prowadzi dom. Gotuje, sprząta, zajmuje się dziećmi. Jej światem staje się świat, któremu nadaje wysoki połysk własną działalnością. Porządek, zadbanie o wszystkie te szczegóły, które tworzą przytulność miejsca i dobrą atmosferę. Jest jej w tym dobrze, czuje się spełniona, ponieważ osiąga wyznaczone sobie cele. Ale kiedyś dzieci osiągają wiek szkolny i dom zionie pustką. Może ją wypełnić perfekcyjnością wystroju i testem białej rękawiczki, bo tak została nauczona przez własną mamę, lecz co z tego? Jaką wartość ma sterylnie czysty dom, bez atmosfery, którą tworzą ludzie? Skąd czerpać tematy do rozmów, jak rozwijać się bez wyzwań (dzieci już nie bałaganią, a mąż woli spędzać czas na spotkaniach biznesowych)? Jeśli nie stworzyła wcześniej w sobie własnej enklawy rozwoju, poczucie winy, że zmarnowała życie, dosięgnie ją niehybnie.

On. Wykształcony, wychuchany, posłuszny synek, który założył własną rodzinę. Niekoniecznie idealny, ale wzór cnót czerpiący z rodzinnego domu. Zupa ma być taka, jak u mamy. Mama, uważa, że tak. Mama pomoże, gdy coś pójdzie nie tak. I on i jego żona wciąż jak dzieci, posłuszne woli dorosłej, dojrzałej, wszystkowiedzącej babci. W tym wszystkim gdzieś gubi się sens własnych decyzji, doświadczeń i własnego życia. Właściwie nie zna swojej żony, nie wie kim jest ta obca osoba, którą zawsze porównywał do własnej matki. Gdy przychodzi refleksja, że można było pocierpieć, ale mieć własne życie i wspomnienia, uniezależnić się, poczucie winy jest już zbyt wielkie, by odmienić zgorzkniałość.

Ona. Młodo została mamą, więc wolała czerpać z doświadczeń i pomocy rodziców niż narażać dziecko i siebie. Ojciec dziecka też wolał się wycofać z ofensywy. Ich dzieci wychowane przez babcię i dziadka, z trudem dostrzegały w rodzicach życiowych przewodników. Kiedy latorośle coraz częściej w dyskusji używają argumentu „Babcia mi tak kazała i wolę babci posłuchać”, bezsens rodzicielstwa dopada przy każdej okazji, ale w jaki sposób można zmienić życie, gdzie ktoś inny wyznacza cele  i środki? 

Nikt nie żyje w odosobnieniu. Jesteśmy członkami różnych społeczności – rodziny bliższej i dalszej, współpracowników, kolegów, znajomych, członków organizacji. Pełnimy w życiu różne role i godzimy się na pewne warunki, które wyznaczają jakiś zbiorowy kierunek działania. Wcale to nie znaczy, że jeśli jestem kobietą i kolega z pracy gapi mi się w dekolt, robiąc przy tym jakąś moim zaniem niestosowną uwagę, to nie mogę odpowiedzieć na nią zgodnie z tym, co czuję, bo środowisko mnie odrzuci. Akceptacja grupy to sprawa ważna, ale chcę być akceptowana taka, jaka jestem. W rodzinie bywa z zachowaniem siebie o wiele trudniej. Z jednej strony poczucie więzi rodzinnych („ale to moja mama/babcia/córka”), z drugiej wewnętrzny i organiczny sprzeciw „nie powinien/nie powinna mi tego narzucać”. Jeżeli występujemy przeciwko własnemu ja, od poczucia winy trudno się uwolnić. Jeżeli postąpimy zgodnie z własnym odczuciem, ale wystąpimy przeciwko cudzej wizji, poczucie winy „Nie powinnam jej/jemu tego robić” – dopadnie nas później. Może się również zdarzyć, że ktoś będzie usiłował wywrzeć na nas presję i wycisnąć piętno poczucia winy „Jak możesz zrobić TO własnej matce/własnemu ojcu/własnej córce/własnemu synowi”. Wtedy, by z poczuciem winy się nie identyfikować, lepiej spróbować opisać to TO. Czym TO dla mnie jest. Co w związku z TYM czuję. Jak ja TO odbieram. Oraz zadać pytanie: „Czym TO jest dla ciebie?” Takie rozmowy nie są łatwe, ale pomagają. Ponieważ człowiek jest istotą myślącą. Każda rozmowa powoduje, że wiemy na jakiś temat więcej. Poznajemy cudzy punkt widzenia. Poznajemy inne wartości. Uczymy się cudzej wrażliwości.

Kiedy spotyka się dwoje ludzi wychowanych w różnych środowiskach, często wśród innych wartości, gdzie być może motorem działań wszelkich był „zimny wychów”, „twarda ręka”, „żelazne zasady” o konsensus jest trudniej. Stąd być może wzięły się żarty o teściowej. Ale porozumienie nie jest niemożliwe. Lepiej osiąga się je w rozmowach o tym, co łączy niż o tym, co dzieli. Czasem trzeba przygotować grunt szczerym komplementem – docenieniem zasług osoby z którą trzeba się zmierzyć w trudnej rozmowie na temat wartości. Taka rozmowa pozwala poszerzyć horyzonty – nawet jeśli nie komuś, to sobie. Otworzyć nowe perspektywy. I wytworzyć tarczę obronną przeciw poczuciu winy. 

Tak można streścić życzenia urodzinowe od Najstarszego, który się nagle taki rezolutny w tej klasie mat-inf zrobił. Wolałabym w wersji humanistycznej, ale doceniam wysiłek i trud, żeby nie było  :lol:

Postarali się. Wszyscy. Miałam cudowny, choć męczący dzień.

A zaczął się od:

- Mamo, wszystkiego najlepszego, a tu masz laurkę.

Oczy, które półprzytomnie otworzyłam przed sekundą, teraz były okrągłe jak pięć złotych.

Miałam nadzieję, że ilustracja nie przedstawia mnie osobiście, bo choć muskulatura brzucha została uwydatniona niemal gorsząco, to jednak nie poczuwałam się do sposobu prezentacji uzębienia i paru innych szczegółów anatomicznych.

- Nie, narysowałem ci Szkieletora – po prostu wyjaśnił Najmłodszy.

Szkieletor dzierżył maczugę czy  totem zwieńczony wielkim sercem przebitym strzałą, co liczyło się za laurkę, nie zaprzeczycie. Tak, wiem, musimy z Najmłodszym popracować nad wrażliwością oraz dyplomacją  :roll:

Po pracy dotarłam do domu dopiero wieczorem. Tort autorstwa szefowej kuchni Check-in kitchen, czyli Najstarszej, z niezliczonej ilości warstw przełożony kremem z dodatkiem masła orzechowego dekorowały świeczki w liczbie nieokreślonej („Mamo, no wiesz, TYLU świeczek nie mamy w domu”). 

Siedzę teraz, przypominam sobie i się po cichutku wzruszam. Są kochani. Cała szóstka.

I Wy też. Dzięki za wszystkie życzenia w każdej postaci i ze wszystkich zakątków świata. Aha. Konkursu nie było, ale i tak the winner is … Braciszek. Bo z Australii życzenia dostałam minutę po północy.

P.S. Zdjęcie laurki na fejsie. Tu już gonię resztkami miejsca, a czasu wciąż mi brak na przenosiny. Ale będą. Kiedyś. Mam tu jeszcze 6%


  • RSS